Na początku lat dziewięćdziesiątych grupa kajakarzy z krakowskiego klubu Bystrze popłynęła na drugi koniec świata, żeby pływać po australijskich rzekach. Był wśród nich Zbigniew Owsiak, sądeczanin, który zapisał się do klubu w 1987 roku i dla którego była to pierwsza wielka wyprawa. To głównie z jego wspomnień znamy jej przebieg, a Australia okazała się dopiero początkiem.
Bez mapy i bez GPS-u
Wyjeżdżali niemal w ciemno. Nie było wtedy internetu, GPS-u ani porządnej mapy kontynentu. Jedyną, jaką mieli, była szkolna mapa Australii z Instytutu Geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego. O tym, że są tam rzeki dla kajakarzy górskich, wiedzieli tylko z relacji zaprzyjaźnionych kajakarzy z Niemiec. Reszty dowiadywali się dopiero na miejscu, od tamtejszej Polonii i australijskich związków kajakowych.
Najpierw praca, potem przygoda
W Australii spędzili blisko rok. Zanim spłynęli pierwszą rzeką, długo rozpoznawali teren, a żeby mieć za co żyć i pływać, przez kilka miesięcy pracowali przy zbiorze owoców. Był początek lat dziewięćdziesiątych, ledwie kilka lat po końcu PRL-u i pieniądze przywiezione z Polski niewiele tu znaczyły. Sami budzili niemałą sensację: poznawani na trasie kajakarze nie mogli uwierzyć, jaki kawał świata przebyli tylko po to, żeby popływać po tutejszych rzekach.
Z własnym jedzeniem przez ocean
Jedzenie przypłynęło z Polski razem z kajakami, statkiem. Na kupowanie go w Australii zwyczajnie nie było ich stać, bo bochenek chleba kosztował tyle, co dwie dniówki pracy w kraju. Dla miejscowych było to nie do pojęcia: że ktoś przebył pół świata, żeby popływać po ich rzekach, a do tego przywiózł własny prowiant przez ocean.
Czego szukali na rzekach
Nie chodziło o długi spływ, o pokonanie stu czy dwustu kilometrów. Kajakarstwo górskie to krótkie, zwykle kilkunastokilometrowe odcinki, na których liczy się albo trudna, techniczna jazda przez wodospady, progi i fale, albo miejsca, których nie widać z drogi. Czasem, jak mówił Owsiak, wybierali łatwiejszą rzekę, rezygnując z dreszczyku emocji, ale dostając w zamian widoki. W Australii szukali dzikich i rzadko odwiedzanych rzek, podobnych do tych, które znali z Europy, choćby z Tary w Czarnogórze czy kanionu Verdon we Francji.
Kolejna wyprawa do źródeł Nilu
Po Australii Owsiak nie był pewny, czy chce jeszcze raz tak wyjeżdżać. A mimo to szybko dał się namówić na następną wyprawę, tym razem do źródeł Nilu. W 1993 roku spływali w Rwandzie i po obu brzegach biegła za nimi setka ludzi. Woda robiła się coraz trudniejsza, a umówionego samochodu nie było widać. Zapadała noc, a w tej strefie zmrok przychodzi nagle, jakby ktoś zgasił światło, i temperatura spada do zera. Dobili do brzegu, ale tubylców, którzy przed chwilą za nimi biegli, już nie było. Dopiero po dwóch godzinach nadeszli ludzie z latarkami, a z nimi nauczyciel mówiący po angielsku. Wyjaśnił, że miejscowi się ich boją, bo w kaskach i z kajakami wzięli ich za żołnierzy z rakietami. Gdy nieporozumienie się wyjaśniło, ci sami ludzie pomogli im przetrwać noc: rozpalili ognisko, dali jeść. Rok później w tym samym kraju doszło do ludobójstwa, i dopiero wtedy zrozumieli, jak blisko byli.
Dwadzieścia lat oczekiwania
Na Wielki Kanion Kolorado klub czekał najdłużej. W 1994 roku ekipa dotarła pod niego, ale wpuszczono ją tylko powyżej i poniżej właściwego kanionu; na resztę trzeba było się zapisać i czekać w kolejce. Zgoda przyszła po dziewiętnastu latach, z konkretną datą: mieli się stawić na miejscu 6 sierpnia 2013 roku o dziewiątej rano. Osiemnaście dni płynęli w czternaście osób z Polski i z dwójką Amerykanów prowadzących pontony ze sprzętem. W parku obowiązywały twarde zasady, z których zrazu się śmiali, na przykład że w kanionie nie wolno zostawić niczego prócz potu i moczu, a okruch chleba trzeba strzepnąć do rzeki. Szybko zrozumieli, po co: okruch ściąga mrówki, mrówki większe zwierzęta, i tak rusza łańcuch, w którym człowiek bywa ostatnim ogniwem. Gdy dopłynął do końca, mimo czterdziestu stopni upału Owsiak powiedział tylko, że zrobiłby to jeszcze raz.