fot. Thomas Fuhrmann, Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)

Ludzie i wyprawy

CanoAndes ’79. Trzydzieści trzy miesiące na rzekach obu Ameryk

Siedmiu studentów z Krakowa, własnoręcznie sklejone kajaki i trzydzieści trzy miesiące w drodze. Wyprawa CanoAndes ’79 przepłynęła dwadzieścia trzy rzeki obu Ameryk, trzynaście jako pierwsza w historii, a jej najtrudniejszym odcinkiem był kanion Colca w Peru, gdzie o mało nie przypłacili tego życiem.

10 min czytania

Po sześciu dniach w kanionie Colca przestali liczyć kilometry i zaczęli liczyć metry. Zamiast planowanych pięciu, dziesięciu kilometrów dziennie pokonywali dwa albo mniej, jedzenie się kończyło, a ostatnie czterdzieści pięć kilometrów pierwszego odcinka przepłynęli, pijąc wodę wprost z rzeki i zajadając ją cukrem. Stracili jeden kajak, o mało nie zginął jeden z nich, pękło dno pontonu. Siedmiu studentów z Krakowa popłynęło tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł.

Chłopcy, którzy chcieli być jak Kolumb

Zaczęło się w 1972 roku w Krakowie, w studenckim klubie kajakowym Bystrze. Zwykłe pływanie kajakiem to było dla nich za mało. Szukali rzek, których wcześniej nikt nie pokonał w ten sposób i marzyli – jak po latach wspominał jeden z założycieli klubu, Jerzy Majcherczyk – żeby być jak Kolumb. Zaczęli od polskich rzek. Potem przyszła Czechosłowacja, Jugosławia i kolejne wyprawy, a każda prowadziła dalej niż poprzednia.

W Polsce lat siedemdziesiątych nie było gdzie kupić sprzętu do kajakarstwa górskiego, więc robili go sami: kajaki sklejali z laminatu, szyli śpiwory, spawali przyczepy. Ta samodzielność okazała się później ważniejsza niż jakiekolwiek wsparcie sponsora. Kiedy w 1979 roku postanowili popłynąć do Ameryki, mieli za sobą lata takiego majsterkowania i doświadczenia zebranego na trudnych rzekach w Europie.

Problemy już na samym początku

Pierwszy plan rozsypał się jeszcze przed wyjazdem. Canoandes miała rozpocząć się w Argentynie, ale pod koniec 1978 roku Argentyna i Chile stanęły na krawędzi wojny o wyspy na Kanale Beagle. Trzeba było porzucić pierwotną trasę i praktycznie od nowa zaplanować całą ekspedycję. Na tym problemy się nie skończyły. Wypożyczony z AGH Star 266 z przyczepą, załadowany 21 kajakami i około 25 tonami sprzętu, miał popłynąć statkiem do Ameryki. Transport opóźniła jednak zima stulecia – statek utknął w zamarzniętym porcie w Gdyni.

W końcu popłynęli inaczej. Sprzęt wyszedł statkiem 6 czerwca 1979 roku, oni polecieli do Meksyku przez Londyn i Nowy Jork; zaproszenie tamtejszego rządu załatwił im polski ambasador. Meksyk miał być tylko przystankiem w drodze pod Andy, ale okazało się, że i tam są rzeki górskie, i część z nich przepłynęli jako pierwsi w historii. Tak z przygody zrobiła się wielomiesięczna eksploracja. Zanim dotarli pod kanion Colca, minęły prawie dwa lata i ponad dwadzieścia rzek.

Przez cały ten czas żyli za nic. Pod Colca zostały im dwa ostatnie kajaki sklejone w kraju i kupiony w Stanach, mocno zużyty ponton. W porcie w Limie stała polska flota rybacka, więc wchodzili na statki i śpiewali marynarzom, a w zamian dostawali pół tony mrożonej ryby. Peruwiański rząd dał im pięćset dolarów na taśmę filmową.

Zejście do kanionu

W Andy ruszyli z Arequipy 12 maja 1981 roku. Następnego dnia, w wiosce Chivay, dotarła do nich wiadomość, że w Rzymie postrzelono Jana Pawła II. Nie wiedzieli, czy papież żyje. Z tyłu samochodu wozili zdjęcie z napisem „Papież z Polski”, które Majcherczykowi dała przed wyjazdem matka, mówiąc, że będzie ich chronić. 17 maja zeszli na dno kanionu pod wioską Cabanaconde, a dzień później spuścili łodzie na wodę.

Przed sobą mieli sto kilometrów rzeki, której nikt wcześniej nie przepłynął, i ściany wznoszące się nad wodą na trzy i cztery kilometry. Colca spadała stromo, miejscami o ponad sześćdziesiąt, według uczestników nawet siedemdziesiąt pięć metrów na kilometr. Wielu progów nie dało się przepłynąć, więc łodzie i sprzęt trzeba było przenosić po niemal pionowych zboczach. Po sześciu dniach robili po dwa kilometry dziennie, jedzenie się skończyło, a ostatnie trzy dni pierwszego, czterdziestopięciokilometrowego odcinka przepłynęli o wodzie z rzeki z cukrem. Stracili kajak, pękło dno pontonu, drugi kajak sklejali w biegu. Cała siódemka schudła w tym czasie w sumie o prawie osiemdziesiąt kilogramów.

Trzydzieści metrów przed krawędzią

Najbliżej śmierci Majcherczyk był tuż przed miejscem, które nazwali potem Kanionem Polaków. Płynący przodem w kajaku Chmieliński krzyknął, żeby się natychmiast zatrzymali: znikał horyzont rzeki. Byli w pionowej rynnie, w rwącym nurcie, prawie nie było się czego złapać. Hak udało się wbić dopiero trzydzieści metrów przed krawędzią. Nikt nie wiedział, co jest za nią. Majcherczyk, jako kapitan, zszedł po ścianie na linie przywiązanej do paska, żeby to sprawdzić. Zobaczył wodospad. Gdy poczuł, że dłużej się nie utrzyma, odbił się od skały i wpadł do rzeki. Porwał go nurt i sytuacja stała się śmiertelnie niebezpieczna, na szczęście złapał się kolejnej liny i nie spadł wodospadem w dół.

A wodospad miał ponad dwadzieścia metrów. Stojąc nad nim, wykończeni, wciąż nie wiedząc, czy papież przeżył, postanowili nazwać go jego imieniem. Ostatnie pięćdziesiąt pięć kilometrów było już łatwiejsze. Za trud, jak mówił Majcherczyk, natura wynagrodziła ich ucztą dla oczu: pionowymi ścianami na trzy i cztery kilometry, kondorami nad głową, wybuchającymi gejzerami. Najważniejsze było to, że nikt nie widział tego przed nimi.

Co zostało na mapie

Po Polakach zostały nazwy, których używa się do dziś: Wodospady Jana Pawła II i Kanion Polaków, a w okolicznych wioskach Aleje Polaków. Sam kanion Colca ciągnie się przez sto dwadzieścia kilometrów najgłębszej części, a w miejscu, które nazwali Kanionem Czekoladowym, jego ściany sięgają ponad trzech kilometrów nad rzeką. Przez lata spierano się, czy to najgłębszy kanion świata; dziś o pierwszeństwo rywalizuje z sąsiednią Cotahuasi, bo wszystko zależy od tego, którą ścianę się mierzy.

Sława w Peru, cisza w Polsce

W Peru stali się znani. Przyjął ich prezydent kraju i ugościł w hotelu, żeby mogli dojść do siebie; wydali pierwszy w Ameryce Łacińskiej przewodnik po górskich rzekach Peru. W Polsce prawie nikt o tym nie usłyszał. Właśnie zaczynał się stan wojenny, część uczestników nie wróciła do kraju, a o ich sukcesie nie było komu głośno mówić. Cała wyprawa, od wyjazdu z Polski, trwała trzydzieści trzy miesiące i była jedną z najdłuższych grupowych wypraw XX wieku: dwadzieścia trzy rzeki, trzynaście przepłyniętych jako pierwsi. Dopiero po latach kanion odkryli turyści; dziś odwiedza go kilkaset tysięcy osób rocznie, a na jego krawędzi działa szkoła imienia Jana Pawła II, której patronuje Majcherczyk.

Co było potem

Colca to był dopiero początek. W 1985 roku Piotr Chmieliński jako pierwszy człowiek przepłynął całą Amazonkę, od źródeł po ocean. W 2002 roku część dawnej ekipy wróciła do kanionu Colca, dwadzieścia lat po pierwszym spływie. A wszystko wyrosło z jednego pomysłu studenckiego klubu: żeby popłynąć tam, gdzie rzeki są jeszcze nieznane.

Najczęstsze pytania o wyprawę CanoAndes ’79:

Czym była wyprawa CanoAndes ’79?
Kajakową ekspedycją krakowskiego klubu Bystrze, która w latach 1979–1982 przepłynęła dwadzieścia trzy górskie rzeki obu Ameryk, trzynaście jako pierwsza w historii. Jej najtrudniejszym odcinkiem był pierwszy w dziejach spływ kanionu Colca w Peru.
Ile trwała i jak daleko sięgnęła?
Trwała trzydzieści trzy miesiące, od 6 czerwca 1979 do 4 lutego 1982 roku, i była jedną z najdłuższych grupowych wypraw XX wieku. Uczestnicy przejechali ponad sto tysięcy kilometrów, szukając dojazdu do kolejnych rzek.
Jak trudny był spływ kanionu Colca?
Bardzo. Po sześciu dniach robili po dwa kilometry dziennie zamiast planowanych pięciu–dziesięciu, skończyło im się jedzenie, a część drogi płynęli, pijąc wodę z rzeki z cukrem. Rzeka spadała miejscami o kilkadziesiąt metrów na kilometr; siódemka schudła w sumie prawie osiemdziesiąt kilogramów.
Skąd w kanionie polskie nazwy?
13 maja 1981 roku, tuż przed spływem, dotarła do nich wiadomość o zamachu na Jana Pawła II. Napotkane w kanionie wodospady nazwali jego imieniem. Peruwiański Instytut Geograficzny zatwierdził też nazwę Kanion Polaków.
Co było po Colca?
W 1985 roku Piotr Chmieliński jako pierwszy człowiek przepłynął całą Amazonkę, od źródeł po ocean. W 2002 roku część dawnej ekipy wróciła do kanionu Colca, dwadzieścia lat po pierwszym spływie.