18 maja 1981 roku siedmiu Polaków zeszło z kajakami i pontonem do oazy Sangalle w południowym Peru, na wysokości około 2200 metrów. Kilka godzin później zniknęli w kanionie Colca. Przed sobą mieli sto kilometrów rzeki, której nikt wcześniej nie przepłynął i ściany wznoszące się nad wodą po jednej stronie na trzy, po drugiej na cztery tysiące metrów. Ze skalnej gardzieli nie ma jak się wydostać na górę. Wyjście było jedno: w dół, korytem rzeki. Spływ, który miał zająć znacznie mniej, rozciągnął się na siedemnaście dni.
Studenci, nie zawodowcy
Nie stali za nimi wielcy sponsorzy ani sztab logistyków. Byli studentami i absolwentami krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej zrzeszonymi w Akademickim Klubie Turystyki Kajakowej Bystrze, który działał przy uczelni od 1972 roku. Zaczynali od polskich rzek górskich, w 1977 roku popłynęli na rzeki Bałkanów. Potem padł pomysł, który w Polsce końca lat siedemdziesiątych brzmiał nierealnie: Ameryka.
Największą przeszkodą nie była woda, tylko wyjazd. Jak wspominał później Chmieliński, zdobycie paszportów, wiz, ciężarówki, sprzętu i żywności zajęło miesiące. W kraju, w którym brakowało niemal wszystkiego, grupa studentów zorganizowała wyprawę na drugą półkulę. Colca była tylko jednym z jej etapów. Cała ekspedycja CanoAndes ’79 trwała trzydzieści trzy miesiące, objęła ponad sto tysięcy kilometrów drogami obu Ameryk i dwadzieścia trzy rzeki, z których trzynaście przepłynęli jako pierwsi ludzie w historii.
Kanion, którego prawie nikt nie znał
Na początku lat osiemdziesiątych w kanionie Colca nie było jeszcze punktów widokowych z autokarami ani tłumów fotografujących kondory. Przebieg rzeki znano tylko częściowo, głównie z góry. Nikt nie opisał, jak wygląda przepływ przez jej najgłębszą część – nie było relacji kajakarzy ani zdjęć z wnętrza kanionu. Dla Polaków nie była to więc gotowa trasa, tylko nieznany teren do rozpoznania.
Siedmiu chłopaków, trzy łodzie
Do kanionu weszło ich siedmiu. Andrzej Piętowski kierował wyprawą i płynął jednym kajakiem, drugi – prowadził Piotr Chmieliński. Ponton z większością sprzętu prowadził Jerzy Majcherczyk ze Stefanem Danielskim i Krzysztofem Kraśniewskim. Jacek Bogucki filmował, Zbigniew Bzdak fotografował. Zaczęli 12 maja – wyjechali z Arequipy do wyżej położonego Chivay, by rozpoznać teren. Do Sangalle, gdzie łodzie dotknęły wody, zeszli sześć dni później.
W opisach wyprawy najczęściej powtarzane jest jedno nazwisko i jeden fakt: Chmieliński jako pierwszy człowiek przepłynął cały kanion Colca kajakiem. To prawda, ale bez pozostałej szóstki nie byłoby ani spływu, ani zdjęć, ani filmu, z których dziś odtwarza się przebieg tej fantastycznej wyprawy. Każdy miał swoją rolę do odegrania w tym zespole i o każdym jego członku powinniśmy pamiętać.
Trudności na dnie kanionu
Colca nie przypominała rzek, które znali. Problemem była nie tylko trudność, lecz także skały. Rzeka spadała średnio czterdzieści metrów na kilometr, miejscami sześćdziesiąt pięć. Wielu progów nie dało się przepłynąć – kajaki, ponton i sprzęt trzeba było przenosić po stromych zboczach. Dno bywało tak wąskie, że przez większą część dnia nie docierało tam słońce. Uczestnicy wspominają, że częściej dźwigali ekwipunek, niż płynęli, szukając obejścia najgorszych miejsc. Przez siedemnaście dni pokonali sto kilometrów, walcząc o każdy metr.
Trzy liczby, które łatwo pomylić
Historii Colca towarzyszą liczby, które łatwo pomylić. Siedemnaście dni to sam spływ, od wodowania łodzi do wyjścia z najtrudniejszego odcinka. Trzydzieści trzy dni to cała praca w rejonie kanionu, od rozpoznania 12 maja do zejścia z doliny w połowie czerwca. Sto kilometrów to odcinek między Sangalle a Andamayo, gdzie rzeka schodzi do 950 metrów. W różnych publikacjach pojawia się zwykle jedna z tych liczb – i stąd wrażenie sprzeczności, gdy jedni piszą o siedemnastu dniach, a inni o miesiącu w kanionie.
Najgłębszy kanion? Zależy, którą ścianę mierzysz
Rekord przyszedł później. To Piętowski zaczął popularyzować tezę, że Colca jest najgłębszym kanionem rzecznym świata i w 1984 roku trafił on do Księgi Rekordów Guinnessa. Tyle że „głębokość kanionu” nie jest bezsporną daną. Ściany Colca są niesymetryczne: południowa wznosi się nad rzeką na ponad 3200 metrów, północna na około 4200. Guinness zapisał 3232 metry z jednej strony i 4388 z drugiej. Dlatego w jednym miejscu przeczytasz, że Colca ma nieco ponad trzy kilometry głębokości, a w innym, że ponad cztery – i oba zdania są prawdziwe, bo mierzą inną ścianę.
W maju 1981 roku nikt jednak nie płynął po rekord. Chodziło o to, czy kanion w ogóle da się pokonać rzeką. Pomiary, Guinness i spór przyszły dopiero po powrocie. A spór trwa: dziś geografowie zastanawiają się, czy przypadkiem głębsza nie jest sąsiednia Cotahuasi, oddalona o niespełna sto kilometrów. Wszystko zależy od metody i miejsca pomiaru.
Co zostało na mapie
Po Polakach został ślad trwalszy niż rekord w księdze. Nazwy, które nadali, zatwierdził peruwiański Instytut Geograficzny i do dziś figurują w dokumentacji kanionu: Kanion Polaków, Kanion Czekoladowy, Wodospady Jana Pawła II. Wodospady dostały imię papieża wybranego trzy lata wcześniej.
Grupa studentów z Krakowa, bez telefonów satelitarnych, GPS-u i sponsorów, przepłynęła kanion, którego nikt wcześniej nie przepłynął. Chmieliński kilka lat później popłynął dalej i jako pierwszy pokonał kajakiem całą Amazonkę, od źródeł po ocean. Piętowski wrócił w Andy, żeby szukać jej najdalszego źródła. A w kanionie Colca została nazwa, którą wpisano na peruwiańskie mapy: Kanion Polaków.