Lava Falls słychać z odległości dwóch kilometrów, na długo zanim się go zobaczy. Najpierw jest tylko głęboki, dudniący pomruk, który z każdym uderzeniem wiosła narasta, aż wypełnia całą szczelinę kanionu. To jedno z najgroźniejszych bystrzy Ameryki Północnej, w miejscu, gdzie na sto siedemdziesiątej dziewiątej mili rzeka Kolorado przeciska się przez zawał skalny zsunięty z bocznego wąwozu. Kajakarze z krakowskiego klubu Bystrze zrobili to, co robi się tu od pokoleń: wyszli na brzeg i długo patrzyli na wodę, ucząc się jej na pamięć, zanim wsiedli z powrotem do kajaków. Sam przejazd, do którego szło się prawie dwadzieścia lat, trwał trzynaście sekund.
Kolejka i loteria
Na główny odcinek Wielkiego Kanionu nie można po prostu wpłynąć. Amerykański park narodowy reglamentuje tam spływy niekomercyjne od dziesięcioleci, bo rzeka i wąskie plaże, na których nocuje się między progami, nie zniosłyby nieograniczonego ruchu. Chodzi też o zasadę, do której w kanionie podchodzi się poważnie: zabrać ze sobą wszystko, co się przywiozło, i nie zostawić po sobie śladu.
Dawniej działała lista oczekujących. Zapisywało się na nią ponad osiem tysięcy osób, a czas oczekiwania sięgał ponad dwudziestu lat. W 2006 roku listę uznano za absurdalną i zniesiono ją, zastępując systemem ważonej loterii, w której szanse rosną z każdym rokiem bez wygranej. Dla kogoś, kto marzył o jednej konkretnej rzece, oznaczało to prostą rzecz: trzeba się zapisać i czekać, czasem połowę dorosłego życia.
Wniosek z 1994 roku
Krakowianie weszli w ten system wcześnie. Wniosek o pozwolenie na główny odcinek złożyli już w 1994 roku, przy okazji wyprawy nazwanej Colorado 94. Wtedy wpuszczono ich tylko powyżej i poniżej właściwego kanionu, na najtrudniejszą część kazano czekać. Miejsca w kolejce przez następne lata pilnował Krzysztof Potaczek. Przez ten czas jedni uczestnicy zdążyli założyć rodziny, inni wychowali dzieci, a pozwolenie wciąż nie przychodziło. Kiedy w końcu nadeszło, na starcie stanęli obok siebie ludzie, którzy składali podania jako studenci, i tacy, dla których była to pierwsza wielka wyprawa życia.
Bystrze pod kanionem
Kolorado nie było dla klubu obcą rzeką. Już wyprawa CanoAndes na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pokonała jej odcinki, ale poza granicami parku i bez żadnego pozwolenia, tak jak wtedy pływało się po całej Ameryce: na dziko, bez map, bez zgód. To była ta sama szkoła, z której wyszedł pierwszy spływ kanionu Colca w Peru w 1981 roku. Spływ z 2013 roku był pierwszą niekomercyjną, samodzielną przeprawą Polaków przez główny odcinek kanionu – zgodnie z regułami parku, na które trzeba było czekać niemal dwie dekady.
Czternastu Polaków, dwóch Amerykanów
Z Polski wyjechali na początku sierpnia 2013 roku. Przed nimi było osiemnaście dni i ponad czterysta pięćdziesiąt kilometrów, z Lees Ferry poniżej zapory Glen Canyon do Pierce Ferry nad jeziorem Mead. Grupę tworzyło czternastu Polaków i dwóch Amerykanów, Mike Connoly i Chris Witt, którzy prowadzili pontony ze sprzętem.
Wyprawa w kanionie musi być samowystarczalna. Osiem kajaków i cztery pontony wiozły blisko tonę ekwipunku, bo w środku nie ma sklepów, dróg dojazdowych ani sposobu, żeby dokupić brakującą żywność. Wszystko trzeba było zabrać ze sobą na starcie i wynieść ze sobą na mecie. Na trasie czekało około stu bystrzy, a rzeka niesie tu więcej wody niż większość europejskich rzek, do tego zimną, wypuszczaną z dna zbiornika nad zaporą.
Granite: egzamin z całego życia
Pierwszym naprawdę poważnym progiem był Granite. Jeden z uczestników zapisał, że była to największa woda, na jakiej znalazł się przez dwadzieścia cztery lata pływania. W kanionie fale nie łamią się jak na rzece górskiej w Europie, tylko piętrzą i wybuchają w miejscu, a odległość między nimi jest tak duża, że kajak zdąża zniknąć w dolinie między dwiema ścianami wody. Kto przejdzie Granite, wie, że najgorsze dopiero przed nim.
Lava Falls
Lava Falls park klasyfikuje najwyższym, dziesiątym stopniem trudności. Próg powstał tam, gdzie boczny wąwóz zsypał do rzeki tyle rumoszu, że zwęził jej koryto o połowę. W dziewiętnastym wieku pierwsi badacze kanionu, John Wesley Powell i Robert Brewster Stanton, woleli obnieść to miejsce lądem, bojąc się o życie. Polacy stali nad nim wykończeni po dwóch tygodniach, wpatrzeni w wodę, którą oglądali wcześniej na dziesiątkach filmów pokazujących wywrotki i znikające pod falą pontony.
Przepłynęli go po kolei. Relacja jednego z nich brzmi sucho, jak zapis z dyktafonu: zbliżenie, przebicie przez pierwszą falę, spłynięcie po drugiej, przeskok w lewo, jeszcze jedno przebicie i już. Cała walka, do której szło się dziewiętnaście lat, zamknęła się w trzynastu sekundach. Prowadzący ponton Amerykanin po wyjściu na spokojną wodę podskakiwał z radości jak dziecko.
Kanion, który się zmienia
Osiemnaście dni na wodzie to dość, żeby zobaczyć, jak kanion zmienia się z godziny na godzinę, gdy słońce przesuwa się po jego piętrach i wydobywa z nich kolejne kolory skały. Między bystrzami rzeka prowadziła obok bocznych wąwozów i grot, które są osobnymi cudami tej trasy: gigantycznej Redwall Cavern, w której zmieściłby się kościół, oraz zielonych, wilgotnych kanionów Havasu, Matkatamiba i Deer Creek. Ściany nad wodą sięgają w najgłębszym miejscu ponad dwóch kilometrów, a człowiek na dnie jest przy nich drobiną.
Jeden klub, kolejne rzeki
Kolorado było kolejnym punktem na długiej liście Bystrza. Ten sam krakowski klub w 1981 roku przepłynął kanion Colca w Peru, w 1990 pływał po rzekach Australii, a w 1993 dotarł do źródeł Nilu w Rwandzie. Za każdym razem chodziło o to samo: popłynąć tam, gdzie woda jest trudna i mało znana. Różnica polegała na tym, że po Kolorado, jedyną z tych rzek, trzeba było najpierw odstać swoje w kolejce.