W górnym biegu Apurímacu, jednej z rzek źródłowych Amazonki, uczestnicy wyprawy eksplorowali dwa kaniony, których nikt wcześniej nie pokonał. Chmieliński mówił potem, że z ich wnętrza nie ma jak się wydostać: rzeka toczy się w wąskiej, skalnej szczelinie i albo się ją przepłynie, albo nie. Najgorszy z tych odcinków, nazwany przez wyprawę Otchłanią Acobamba, okazał się najtrudniejszym miejscem całej trasy.
Kajakarz z klubu Bystrze
Piotr Chmieliński urodził się w 1952 roku w Słocinie, dziś części Rzeszowa. Kajakarstwa górskiego uczył się w krakowskim klubie Bystrze, tym samym, z którego wyszła wyprawa CanoAndes ’79 na rzeki obu Ameryk. Podczas tamtej ekspedycji, w 1981 roku, przepłynął pierwsze sto kilometrów białej wody Amazonki i wtedy narodził się pomysł, żeby pokonać całą rzekę, od źródła po ocean.
Źródła wysoko w Andach
Amazonka nie ma jednego oczywistego początku. Za jej najdalsze źródło uznaje się lodowcowy potok Carhuasanta, spływający ze stoków masywu Nevado Mismi na wysokości blisko pięciu i pół tysiąca metrów. Stamtąd woda płynie jako Apurímac, potem, po kolejnych połączeniach, jako Ene, Tambo i Ucayali, aż wreszcie staje się Amazonką. Wyprawa ruszyła od tego źródła w sierpniu 1985 roku.
Kaniony, z których nie ma wyjścia
Najgroźniejszy był górny Apurímac. Dwa kaniony, które wyprawa nazwała Black Canyon i Otchłanią Acobamba, nie były wcześniej przez nikogo eksplorowane. Rzeka spadała w nich stromo, zamknięta między pionowymi ścianami, bez możliwości wyjścia na brzeg. Na bystrzach dochodziło do wywrotek, a kilku uczestników wpadło do wody, ledwie uchodząc z życiem. Do tego dochodziły choroba wysokościowa, upał i zmęczenie.
Partyzanci, kokaina i papież
Rzeka była tylko jednym z zagrożeń. Podczas wyprawy uczestnicy zostali zatrzymani przez bojowników maoistowskiej partyzantki Sendero Luminoso. Jak po latach wspominał Piotr Chmieliński, partyzanci ostatecznie pozwolili im odejść, gdy dowiedzieli się, że są Polakami, rodakami Jana Pawła II. Po drodze grupa nocowała na terenie fabryki kokainy, mijała handlarzy narkotyków i spotykała Indian, którzy nigdy wcześniej nie widzieli białego człowieka.
Kto dopłynął do oceanu
Wyprawa była międzynarodowa i niejednolita. Według relacji jej uczestnika, amerykańskiego dziennikarza Joe Kane’a, tworzyło ją jedenaście osób, dziesięciu mężczyzn i jedna kobieta. Do ujścia w Atlantyku, po blisko sześciu miesiącach, dotarły tylko cztery. Chmieliński był jedynym, który pokonał całą rzekę na wodzie, kajakiem i tratwą. Kane, który również dopłynął do końca, pierwszy odcinek białej wody Apurímacu w części przeszedł lądem. Fotografem wyprawy był inny kajakarz z Bystrza, Zbigniew Bzdak, który kierował dwuosobowym zespołem wspierającym płynących.
Część danych o tej wyprawie do dziś się różni. Długość rzeki od źródła do ujścia podaje się w przedziale od około sześciu tysięcy czterystu do blisko siedmiu tysięcy kilometrów, zależnie od sposobu liczenia. Liczebność zespołu w różnych źródłach waha się od jedenastu do trzynastu osób, bo inaczej liczy się samych płynących, a inaczej całą ekipę z obsługą lądową. Nie są też powszechnie znane dokładne dzienne daty startu i dotarcia do oceanu; pewne jest, że wyprawa zaczęła się w sierpniu 1985 roku i trwała blisko pół roku.
Pierwszy pełny przepływ Amazonki od źródła do ujścia odnotowano w Księdze rekordów Guinnessa. Swoją relację Chmieliński opisał w magazynie National Geographic w 1987 roku, a Joe Kane wydał o wyprawie książkę „Running the Amazon”, która stała się jej najpełniejszym świadectwem. Dla Chmielińskiego Amazonka była kolejnym krokiem po kanionie Colca, przepłyniętym cztery lata wcześniej z tą samą krakowską ekipą.