W lutym 2014 roku, gdzieś na zachodnim Atlantyku, ster żółtego kajaka Aleksandra Doby pękł w sztormie. Przeciwny wiatr od tygodni spychał go na wschód, więc sześćdziesięciosiedmioletni wówczas kajakarz dorobił zapasowy ster z materiału ze skrzynki na żywność. Przez ponad czterdzieści dni pływał w kółko na niewielkim skrawku oceanu, a przez czterdzieści siedem dni nikt na lądzie nie wiedział, czy żyje: lokalizator skorodował, jeden telefon satelitarny zepsuł się na starcie, drugi milczał. Mimo to nie wezwał pomocy.
Emerytura na oceanie
Aleksander Doba urodził się w 1946 roku. Pływał kajakiem od młodości, ale na wielkie oceaniczne wyprawy porwał się dopiero po sześćdziesiątce, w wieku, w którym większość ludzi dawno zeszła z wody. Wcześniej, przez dwadzieścia lat, pokonał kajakiem Bałtyk, Bajkał i całą Wisłę i to na tych trasach nauczył się samotności na wodzie.
Do przepraw służył mu kajak „Olo”, nazwany od jego własnego przydomka Olek. Miał siedem metrów długości i metr szerokości, ważył z wyposażeniem około siedmiuset pięćdziesięciu kilogramów i był zbudowany z węglowych ścianek przekładanych lekkim rdzeniem, dzięki czemu pozostawał niezatapialny. Nie miał żagla ani silnika: jedynym napędem były mięśnie wioślarza. Z przodu mieściła się kabina niewiele większa od trumny, w której Doba odpoczywał po kilkunastu godzinach wiosłowania. Wodę pitną robił z morskiej – odsalarką zasilaną z panelu słonecznego.
Atlantyk po raz pierwszy: z Afryki do Ameryki
Pierwszą przeprawę zaczął 26 października 2010 roku w Dakarze w Senegalu, a zakończył 2 lutego 2011 roku w Brazylii. Płynął blisko dziewięćdziesiąt dziewięć dni. Był trzecim człowiekiem na świecie i pierwszym Polakiem, który przepłynął Atlantyk kajakiem wyłącznie o sile mięśni. Na samym końcu prąd morski zniósł go na zachód i zamiast do Fortalezy dotarł do oddalonego o blisko dwieście kilometrów Acarãu. Schudł kilkanaście kilogramów.
Atlantyk po raz drugi: zniszczony ster i Trójkąt Bermudzki
Druga przeprawa była najcięższa. Doba wypłynął z Lizbony 5 października 2013 roku i zmierzał prosto na Florydę. Na wodzie spędził sto sześćdziesiąt siedem dni. Ster łamał się wielokrotnie, a kulminacja przyszła w sztormie 13 lutego 2014 roku w rejonie Trójkąta Bermudzkiego, niecały miesiąc przed metą. Wcześniej, tuż za Lizboną, woda dostała się do lokalizatora i urządzenie skorodowało, a oba telefony satelitarne zawiodły. Przez czterdzieści siedem dni Doba nie mógł się z nikim skontaktować.
Przeciwne wiatry uwięziły go na ponad czterdzieści dni w zachodnim Atlantyku. Parł naprzód i był spychany z powrotem, aż w końcu musiał zawinąć na Bermudy. Na ostatni etap, liczący kilkaset mil, wyruszył dopiero po przerwie na naprawy. Do brzegu Ameryki dobił 19 kwietnia 2014 roku, choć silny wiatr przesunął miejsce lądowania.
Rekiny, rany i latające ryby
Życie na oceanie nie sprowadzało się do walki z żywiołem. Doba opowiadał, że sprawdzały go dziesiątki rekinów, a jednego, gotowego do ataku, musiał mocno uderzyć wiosłem. Słona woda wywoływała bolesne zmiany skórne na dłoniach i ciele. Żywił się liofilizatami, a gdy nocą latająca ryba wpadała pod pokrywę luku, robił z niej świeży filet.
Atlantyk po raz trzeci i tytuł Podróżnika Roku
W 2015 roku czytelnicy magazynu National Geographic wybrali go Podróżnikiem Roku, oddając na niego rekordowe pięćset dwadzieścia jeden tysięcy głosów, najwięcej w historii tego plebiscytu.
Trzecią przeprawę zorganizował w 2017 roku, płynąc z New Jersey do Francji. Do Le Conquet pod Brestem dobił 3 września, po stu dziesięciu dniach. W linii prostej trasa liczyła około trzech tysięcy mil morskich, ale w rzeczywistości przepłynął znacznie więcej. Ster znów uległ uszkodzeniu podczas sztormu i znów Doba naprawił go sam. Gdy jednak około pięciuset mil od Europy poważnie zawiódł układ sterowy, w naprawie pomogła mu załoga napotkanego statku handlowego „Baltic Light”. Ta pomoc przekreśliła szansę na rekord Guinnessa za przeprawę bez wsparcia, ale Doba i tak został pierwszym człowiekiem, który trzy razy przepłynął Atlantyk kajakiem. Ukończył wyprawę tuż przed swoimi siedemdziesiątymi pierwszymi urodzinami.
Ostatnia wyprawa
Aleksander Doba zmarł 22 lutego 2021 roku na szczycie Kilimandżaro, najwyższej górze Afryki, tuż po dotarciu na wierzchołek. Miał siedemdziesiąt cztery lata. Wszedł na szczyt bez objawów choroby wysokościowej, usiadł, żeby odpocząć i stracił przytomność. Próby reanimacji zakończyły się niepowodzeniem.